![]() |
Pewnie nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę, ale Stwórca raz po raz daje o sobie znać. Abyśmy nie zapomnieli – że jest. Pozwoli zobaczyć nam jakieś niesamowite zjawisko, w które i tak nikt nam nie uwierzy – a przecież wiemy, bo widzieliśmy. Raz po raz zsyła również na Ziemię wybrańców. Mają nam pokazać, że istnieje; że nic nie jest przypadkiem, jak nam się często wydaje. Obdarza owych wybrańców talentem nadludzkim. Większość niestety rozmienia ten dar na drobne. Większość, ale przecież nie wszyscy. Nie wszyscy. Paru mądrych i wrażliwych inaczej posiada świadomość tego, że oto dysponują czymś wyjątkowym i potrafią zrobić z tego najwłaściwszy użytek. Pełni są pokory wobec innych i wobec tego, co przyszło i przyjdzie im robić. Warren Haynes – zanim pojawił się w Allman Brothers Band praktycznie pozostawał kimś absolutnie nieznanym. A przecież grał już cudnie na płytach dość kontrowersyjnego Davida Allana Coe. Dusił się tam jednak. Powołał do życia Rich Hippies. Nigdy nie wydano tego na płycie, ale oczywiście ktoś w końcu wyniósł ze studia owe nagrania. Ten oficjalny bootleg można kupić za niebotyczne pieniądze na E-Bay – jeśli ma się dość szczęścia. To właśnie już wtedy powstały kompozycje, które definiowały unikalny styl Warrena-gitarzysty. Pod koniec 1987 roku Dickey Betts, gitarowa podpora Allman Brothers Band, decyduje się przyjąć Warrena do swego zespołu. Podczas sesji do znakomitej „Pattern Disruptive” Warren poznaje Matta Abbtsa. Musi jednak minąć jeszcze parę lat zanim ci dwaj staną razem na scenie w innym zespole. Kiedy w 1989 roku Dickey rozwiązywał swój zespół, Warren dopiero ruszał na szlak. Jak wspomniał po latach, bał się wtedy, że to koniec. Bał się falstartu. A doskonale zdawał sobie sprawę z siły, jaka w nim drzemie. Kiedy od lat skłóceni Gregg Allman i Dickey Betts podają sobie w końcu ponownie ręce, zakładają, że nowym owocem ich ocalonej przyjaźni musi być reaktywacja Allman Brothers Band. Szanse na powrót do dawnej chwały były znikome. Po koszmarnych „Brothers On the Road” i „Reach For the Sky” potrzebowali cudu i dobrej woli ze strony Stwórcy, który chyba mocno się zastanawiał, czy dać tym wariatom jeszcze jedną szansę. Dał – przecież miał w tamtych stronach swego posłańca. Właściwie dwóch. Spotkali się na próbie Allman Brothers Band. Warren i Allen. I niewidomy fenomen hammonda, Johnny Neel. Kiedy trafiła w moje dłonie „Seven Turns”, myślałem sobie, cóż, kolejna płyta próbujących powstać na nogi wielkich przegranych. Jednak wystarczyło jedno przesłuchanie. Umarł król, niech żyje król. I nie mam na myśli Dickeya, a Duane’a Allmana i Warrena, Barry’ego Oakleya i Allena. Tak, miał tu miejsce cud. I nawet nie sprawdzajcie, który z Braci był autorem większości tych wspaniałych kompozycji. To nieistotne. Widać tu żyły na wierzchu. Świeża krew tchnęła w Allman Brothers Band ducha sprzed 1971 roku. To Warren i Allen podnieśli poprzeczkę tak wysoko, że spokojnie mogła zawisnąć w zardzewiałym miejscu, gdzie kiedyś umieścili ją Duane i Barry. Później było już tylko lepiej. „Shades of Two Worlds”, chyba jedna z najpiękniejszych płyt Allman Brothers Band. I ponownie siła Warrena wyniosła Braci na szczyt. Niestety, zaczęły się natręctwa Dickey’a – oto wychowałem na własnej piersi wroga. To smutne, ale tak widział to Dickey. Wyłącznie on. Warren nie ograniczał się jedynie do zespołu Braci. Powołał do życia własną grupę – Warren Haynes Band. Ta nazwa pojawi się raz jeszcze wiele lat później. To był bardzo trudny moment w karierze Warrena. Kiedy Dickey miał odpowiedni humor, pozwalał zagrać muzykom Warrena przed ABB. Nieobecny duchem Gregg w ogóle nie zwracał uwagi na to, co zaczęło się dziać w zespole. Po latach Warren powie: „Ja po prostu chciałem jak najlepiej grać. Fenomenalny Dickey powodował, że wspinałem się coraz wyżej i wyżej. Był dla mnie napędem. Tak wiele mu zawdzięczam. Zawsze wymagał najwięcej”. Warren zgodnie ze swą spokojną naturą nie zauważał wyścigu w jaki wciągnął go pogrążony w alkoholowym nałogu Dickey. Z przecudnej harmonii dwóch gitar w zespole zaczęło kiełkować szaleństwo i nienawiść. Krótko mówiąc, natchniona gra Warrena powodowała u Dickeya skłonności bliższe sportowi, niż muzyce. Ten Haynes był po prostu za dobry. A powinien być co najwyżej średni. „Where It All Begins” przelała czarę goryczy. Fantastyczny album powinien scalić odrodzonych Allman Brothers Bands. Przecież w Woodstock zagrali najlepiej od czasów Duane’a. To był zespół. Albo lepiej zabrzmi – to miał być zespół. Niepowtarzalny zespół. Wrócili przecież w wielkim stylu. Nie odcinając kuponów od minionych lat zaoferowali światu nowy materiał. I był to materiał prawdziwie allmanowski. Od „Brothers And Sisters” nigdy nie brzmieli lepiej. Niestety, alkoholowa hydra w umyśle Dickey’a zaczęła niszczyć to, co z takim trudem właśnie narodziło się. W tym trudnym czasie Warren spotyka ponownie Matta Abtsa. I wraz z Allenem powołują do życia rockową bestię – ciężko pracujące bydlę Gov’t Mule. Przez kolejne trzy lata grają na dwa fronty. Gov’t Mule okazał się pomysłem ponadczasowym. Pozwalał muzykom popłynąć dalej. Uwolnieni od skądinąd znakomitej bluesowej stylistyki Allman Brothers Band, w Gov’t Mule mogli pozwolić sobie na wszystko. Geniusz i potęga Warrena objawiają się już w pierwszych sekundach debiutu. James Hetfield w jednym z wywiadów powiedział wtedy, że „ten cały Gov’t Mule Warrena Haynesa wprowadzi muzykę rockową w nowe millenium”. Nie mylił się. Trzech wirtuozów z bagażem muzyki lat siedemdziesiątych na karku , z wyborną techniką, nad którą sprawowali absolutną kontrolę, nagrało trzy rockowe albumy, które dziś uważane są już za kanon. Druga „Dose” i trzecia „Life Before Insanity”. Ta ostatnia to epokowe dzieło. Zagrane i zaśpiewane tak, jakby sam Stwórca brał udział w tej sesji. Chłopak na rogu sprzedaje narkotyki, by cię nakręcić Jest ustalona granica, ale módlmy się, byśmy nigdy nie musieli jej przekraczać Dla Tangerine,
|
|---|